Wywiad z Sybirakami

Rozmowa z Panią Krystyną Zwierkowską 

Wiele osób nie chce o tych przeżyciach pamiętać i opowiadać. Chcą o tym zapomnieć, odsunąć ten koszmar w niebyt pamięci… Pani postanowiła inaczej. Postanowiła przeżywać to jeszcze raz za siebie i wraz z innymi. Proszę opowiedzieć, jak trafiła Pani na Syberię?

Osobiście niewiele z tego pamiętam, był to 10 luty i miałam wtedy 1,5 roku. Moi rodzice mieszkali w podprzemyskiej miejscowości, która nazywa się Stubno. To było straszne, wszystko było niespodziewane. Stało się to nagle, w nocy o godzinie 4. Do okien i do drzwi rozległ się ogromny łomot, krzyk, wrzask, ujadanie psa i krzyki w obcym języku “Otwierajcie ! Otwierajcie!”. Tatuś się zerwał ze snu, dzieci przerażone – prawdopodobnie wszyscy płakaliśmy. Otworzył drzwi i do domu wtargnęli dwaj Rosjanie w swoich charakterystycznych czapkach i miejscowy Ukrainiec, który był przedstawicielem milicji ukraińskiej. Przeczytali tzw. ukaz (rozporządzenie) “15 do 30 minut spakować się i opuścić dom”. Pojawiło się wtedy mnóstwo pytań: “Gdzie? Za co? Po co ? Dlaczego?”, jednak nie było odpowiedzi. Trzeba było się spakować, ubierać i opuścić dom. Rozpacza ogromna. Jak to ? Nowy dom trzeba zostawić? Tyle co tatuś zabrał do takiego kufra, który dziadzio przywiózł nam z Ameryki, tyle było naszego bogactwa zabranego na Sybir. Mnie zapakował w pierzynę, bo był wtedy 40 stopniowy mróz, była to zima stulecia. Mamusia myślała, że ja się nie da ubrać, wyprowadzić to zostaniemy. Niestety ubrali ją na siłę, wyprowadzili z domu. Jak ją prowadzili, ten Ukrainiec zamknął drzwi schował klucz do kieszeni, powiedział jej, że za pare minut ten dom już nie będzie do niej należał. NKWDzista się wzruszył i powiedział “Otwórz drzwi kobiecie”. Mamusia wzięła figurkę Matki Boskiej, do której teraz jestem bardzo przywiązana i powiedziała: “Ciebie Matko Boska czynię gospodynią mojego domu, ale nie ciebie hołocie”. Co ciekawe do wszystkich o jednej porze zapukali do drzwi, tak żeby nikt nie mógł się ze sobą porozumieć. Przywieźli nas do Medyki, w ten trzaskający mróz i juz byli wszyscy koloniści. Uporali się z nimi szybciej, bo u nas był problem z mamą przez to, że się nie dała wyprowadzić.

Jak przebiegała podróż do miejsca, w które Panią zesłali ?

Wtłoczono nas do wagonów bydlęcych, brudnych, w które całe ściany były oszronione śniegiem. Pod sufitem znajdowały się malutkie, zakratowane okienka. Na środku stał piecyk z rura wypuszczoną na zewnątrz, wokół były półki, które służyły za miejsce do spania i w kącie wycięta była dziura w podłodze, która służyła za toaletę, nie była niczym zabezpieczona. Z zewnątrz były sztaby, także nie można było wyjść. Po dwóch dniach wyjechaliśmy, każdy pytał każdego o informacje, ale nikt nic nie wiedział. Pociąg jechał 4 tygodnie i 2 dni do miejscowości Klukwina. Zatrzymywał się co 2/3 dni, NKWDziści odkręcali sztaby i krzyczeli, że można przynieść sobie wrzątek. Robili to też,aby oczyszczać pociąg z trupów, co kilka dni ludzie odchodzili. Dzieci, starcy, brali za ręce i nogi i wyrzucali w zaspy śniegu. Matki chowały swoje martwe dzieci, nie dały nikomu poznać, że dziecko nie żyje. Przyciskały je do piersi i udawały, że je karmią. Właśnie tak jedna matka przemyciła nieżywe dziecko i dopiero tam na miejscu je pochowała. W Pimie wyrzucono ludzi na peron, a następnie wpakowano ich wszystkich do ciężarówek, którymi przez kolejne 2 dni. Zatrzymywaliśmy się tylko na noce w cerkwiach albo w tzw. klubach żeby spędzić noc i rano jechać dalej. Jechaliśmy tak długo dopóki samochody nie ugrzęzły całkowicie w ogromnych warstwach śniegu. Śniegi sięgały do metra wysokości. Saniami nas później wywieźli do tajgi i wszystkich umieszczono w 100 metrowym baraku. Były tam miliony pluskiew, po 2/3 nocach kiedy ludzie zorientowali się co się dzieje, zaczęli zbierać puszki, które kładli pod nogi łóżek, żeby te pluskwy tam wpadały. Powodowały tyfus, który dobijał tych wszystkich wycieńczonych ludzi. 

Gdzie pracowali Pani rodzice ?

Mój brat i siostra zajmowali się mną podczas gdy rodziców noc wypędzała z domu i noc ich przypędzała. Nie było co jeść, co ugotować. Wszystko było na kartki. Był chleb z prosa, który był jak kamień. Tato mój był drwalem, mama natomiast nosiła ścięte gałęzie z drzew na tki nasyp, gdzie była budowana kolej transsyberyjska. 

Staraliście się jakoś zachować Polskość ?

U mnie nie można było nic. Matka Boska, którą mieliśmy musiała być ukryta. Umiałam mówić Zdrowaś Maryjo i Aniele Boże, tego nauczyła mnie moja mamusia, ale to było “w mechanice”, ja nie miałam tego wyobrażenia kompletnie. Oprócz tej Matki Boskiej nie widziałam nic co byłoby związane z religią. śpiewanie pieśni też było tematem tabu, był to temat zabroniony

Jak Polaków traktowali mieszkańcy okolicznych terenów ?

Byli do nas pozytywnie nastawieni, bardzo nam współczuli. Nienawidzili tej komunistycznej władzy, tak jak i Polacy. Mówili żeby ta władza się spaliła, żeby przepadła i nigdy jej nie było. Wspominali te złote czasy. 

Jak wyglądał Wasz powrót do Polski ?

Było to w roku 45, wieść “wracamy do Polski”. Żegnali nas wszyscy bardzo serdecznie. Mimo, że panował tam nędza to w stosunku do nas byli naprawdę serdecznie. Przychodzili ciągle do mojej mamy i mówili, żeby pozwoliła mojemu bratu pójść potańczyć. Potańcówki tam wyglądały w taki sposób, że przyszło np. 20 osób i udeptały śnieg, na którym później tańczyli, grali i śpiewali

Jak ludzie traktowali zesłańców po powrocie do Polski ?

Władze były bardzo źle ustosunkowane, zamiast nas przywitać to nic nie zrobili. Jak szłam do liceum to dyrektor kazał mi napisać jeszcze raz mój życiorys, bo napisałam, że rodzice byli na zesłaniu. Nie można było tego umieścić. Jak poszłam na studia także kazano mi zmienić dokumenty, jeżeli chciałam być przyjęta. Nie mogliśmy pisać ani mówić, że byliśmy zesłańcami. Był to ogromny temat tabu, dodatkowo byliśmy napiętnowani przez władze. 

Rozmowa z Panią Stanisławą Żak

Proszę opowiedzieć, jak trafiła Pani na Sybir ?

W nocy 5/6 stycznia, kiedy mnie nie było w domu NKWDziści przyjechali po moją rodzinę. Byłam wtedy u mojej cioci, w innej części wsi. Miałam 5 lat, mogłam się uchować, ale mam nie zdecydowała się żeby mnie zostawić, więc zabrali mnie ze sobą. Była nas czwórka: mama, babcia, mój 2-letni brat oraz ja. Mojego tatę zesłano na 10 lat pobytu w łagrach, 2 lat wcześniej. Nas przetrzymano w Stryju, był to punkt zbiorczy dla wszystkich tych, którzy mieli wypełnić całe te wagony, którymi nas później wywieziono na Sybir. Do Stryja trafiliśmy po kilku dniach, do takiego obozu, który znajdował się w centrum miasta i był otoczony wysokim parkanem. Parkan ten miał jednak szpary przez, które można było zaglądać i patrzeć co się dzieje wokół. Przetrzymywano nas tam jakieś 3/4  tygodnie, przez które zwożono ludzi ze wszystkich okolicznych miejscowości. 

Jak przebiegała podróż do miejsca, w którym się Pani znalazła ?

Rosjanie mieli wypracowany schemat postępowania z takimi jak my. Identyczne wagony, bydlęce, z dziurą na środku wagonu. Nic się nie zmieniło mimo, że od tego czasu minęło 8 lat. Wszystko było tak jak napisała moja koleżanka. Miejsce mojego zesłania to miasto Chabarowsk. Znajduje się ono w Azji. Jechaliśmy tam około 2 miesięcy, dlatego że te pociągi, którymi jechaliśmy nie jechały po normalnych torach, tylko jakimiś bocznicowymi torami. Nigdy też nie zatrzymywał się na stacjach, tylko gdzieś w szczerym polu i wtedy wnoszono nam zupę tzw. wodziankę. Jednak była to głównie woda i najczęściej głowy ryb, które w niej pływały. Warunki sanitarne były przeokropne, żadnego mycia i nic podobnego. 

Na jakiej zasadzie przydzielano ludziom pracę ?

Klasyfikacja ta odbywała się na zasadzie przydatności rodziny różnych prac, np. jeśli rodzina składała się z kobiet w wieku produkcyjnym (nastolatki) to wtedy te kobiety dawno do kołchozów; jeśli to była rodzina, w której byli mężczyźni to szli do tajgi, do wyrębu drzew;  a myśmy byli babcia, mama, dwulatek i pięciolatka, więc takie rodziny zwożono na osiedla, w których ludzie nadawali się do pracy na budowach. 

Czym więc się Pani zajmowała, będąc w tak młodym wieku ?

Chodziłam do szkoły, która ns dobrze wychowywała. Byliśmy chowani i wychowywani na wzór Hitlerjugend, te metody które stosowano w szkole były metodami zaczerpniętymi żywcem z tej organizacji. Przede wszystkim była tak książeczka “Timur i jego drużyna”, która była wzorcem do naśladowania. Główny bohater(dziecko) sprzedał swoich rodziców, ponieważ źle się wyrażał o państwie. Tak wychowywano dzieci, że państwo jest ponad wszystkim, nawet rodziną i wszystko należy denuncjować i donosić. Oczywiście w domu babcia i mama wychowywały nas inaczej. Zwłaszcza babcia pilnował, abyśmy się nie wynarodowili i chociaż znali Ojcze Nasz i Zdrowaś Maryjo po polsku. 

Jak radziła sobie Pani z językiem rosyjskim ?

W szkole nas go uczono. W domu mówiono do nas w języku polskim, jednak przez to, że mojej mamy i babci nie było przez pracę, więc z moim bratem nie znaliśmy później języka polskiego. Ja go zapomniałam, a mój brat przez to, że był taki mały jak go zabierali praktycznie go nie umiał. 

Co z Pani ojcem ?

Odsiedział swoją karę i wrócił do nas w 1955 roku. Karę skrócili mu o zaledwie kilka miesięcy, jednak zawsze to coś. kontakt z nim był, bo mógł raz w miesiącu wysłać list do rodziny. W związku z tym raz pisał do rodziny, która została w Polsce, a raz do nas. Te rodziny, czyli my na Syberii i ta z Polski wymienialiśmy się informacją, bo nas nie ograniczano w ilości listów. 

Kiedy wróciła Pani do Polski ?

W 1956 stał się cud, który polegał na tym, że w Polsce zaczęły się wystąpienia przeciwko ludowemu państwu. W wyniku poznańskich wypadków, które nastąpiły zmienił się stojący na czele. Bieruta otruli, a Gomułka stanął na czele państwa i za jego władzy nastąpiła II masowa repatriacja Polaków do Polski. To oni otworzyli granice dla Polaków, którzy byli na zesłaniu. Ojciec kiedy o tym usłyszał zaczął starać się o wyjazd do Polski. Najpierw trzeba było udowodnić, że jesteśmy Polakami, a później  znaleźć rodzinę, która przysłałaby tzw. zaproszenie, a polegało to na tym, że państwo wpuściło, ale nie brało za Ciebie dalszej odpowiedzialności; ta rodzina, która zapraszała brała obowiązek opiekuńczy nad tą rodziną, która chciała wrócić. My mieliśmy taką rodzinę tutaj w Przemyślu, ciotka nas ściągnęła robiąc z mojej babci i dziadka swoich rodziców. W ten sposób nas wypuszczono.

Jak wróciła Pani do Polski ?

Wracaliśmy super eleganckim pociągiem, ale już za własne pieniądze. Nie mogliśmy wrócić od razu, bo nie mieliśmy na podróż. Trzeba było zacząć pracować żeby móc kupić bilety na drogę powrotną. Każdy z nas miał zbitą z dykty walizkę, miała bardzo ładne okucia i zamek wstawiony i każdy miał pomalowaną ją na inny kolor farbą olejną. Nie mieliśmy żadnych ubrań, mieliśmy jedną parę majtek, blaszany półlitrowy garnuszek, łyżkę i jeden wspólny nóż. Bagażu nie było dużo, jednak mieliśmy ze sobą dużo konserw i suszonego chleba, bo pociąg. W Moskwie była przesiadka do Brześcia, w którym był punkt kontrolny jednak nie wpuszczono nas, nie pozwolono nam wrócić przez Medykę chociaż jechaliśmy do Przemyśla, tylko przez Terespol. Zajechaliśmy więc do Warszawy i z niej do Przemyśla. Z Chabarowska wyjechaliśmy 19 lutego 1957, a 1 lutego tego samego roku byliśmy już w Przemyślu. 

Czy ma Pani jakieś miłe wspomnienia z tamtego okresu ?

Które dziecko ma złe wspomnienia ze swojego dzieciństwa ? Mam radosne wspomnienia z zabaw z moimi rówieśnikami, dokazywania. Pamiętam jak mój brat się topił, ja nie umiałam pływać, a go ratowałam. Jako 5-cio latka zostałam prawną opiekunką 2 latka. Babcia i mama szły do pracy, bo musiały a brata zostawiały pod moją opieką. Ludzie się żenili, bawili się.

Rozmowa z Panią Joanną Preiss

Jak trafiła Pani na Sybir ? 

Podobnie jak moja koleżanka zostałam zesłana w nocy 10 lutego 1940. Do naszego domu we wsi Nehrybka koło Przemyśla, gdzie moi rodzice mieszkali już od dwudziestu lat, wtargnęli dwaj mężczyźni –  Ukrainiec i Sowiet żądając oddania broni, którą rzekomo przechowywał mój ojciec. Grozili, że go rozstrzelają na naszych oczach. Jednak podczas rewizji nic nie znaleźli, przestali więc go straszyć, ale oświadczyli nam, że z rozkazu stalina mamy opuścić dom w ciągu pół godziny. Strasznie płakałam, moja babcia też szlochała, a mama stała jak skamieniała ni mogąc zrozumieć, co się dzieje.Zawieziono nas na stację kolejową w Przemyślu. Tam zobaczyliśmy, że taki sam los spotkał całą nasza kolonię i wszystkie inne z powiatu przemyskiego. Później się dowiedzieliśmy, że Sowieci wygnali tej nocy z domów w sumie 2,5 miliona Polaków ziem wschodnich. Podróż przebiegała właściwie tak samo, jak moim koleżankom. Warunki sanitarne były okropne. 

Jest coś o czym najbardziej chciałaby Pani opowiedzieć ?

Jest to historia mojego kuzyna, który zdecydował się wyjechać wraz z rodzicami w cieplejsze kraje. Niestety w drodze złapał ich tyfus. Pewnego ranka kiedy mój kuzyn się obudził zobaczył swojego martwego ojca i nieprzytomną, nie reagującą matke. Przerażony, oszalały wręcz, chłopiec porwał więc jakieś ubranie matki i uciekł. Uciekał od śmierci. Biegł tak długo, aż zupełnie stracił siły i zemdlał. Leżącego go wtedy bez ducha, nędznego zauważył z jeepa przejeżdżający tamtędy gen. Sikorski. Gdy on i jego towarzysze ocucić i nakarmili chłopca, zabrali go ze sobą i przekazali do kuchni do sztabu gen. Andersa. Zaopiekowano się nim, a później przeniesiono do Analii. Chodził tam do szkół, służył w marynarce, ale przez te wszystkie lata nie dawała mu spokoju myśl o tym, że matka jeszcze żyła, kiedy on uciekał w popłochu śmierci. Szukał jej więc przez całe lata przez Czerwony Krzyż. Odnalazł ją w Iraku, jednak spóźnił się dosłownie o jeden dzień. Matka zmarła w przeddzień jego przyjazdu.

Jak radziła sobie Pani z głodem ?

Pamiętam ten głód do dzisiaj. Miałam przednie zęby całkowicie starte przez to, że cały czas żułam korę. Miałam dwóch braci, którzy byli ode mnie młodsi o pare lat, więc ich trzeba było dokarmiać żeby nie umarli, a ja to co sobie ukradłam to miałam. Ludzie też strasznie kradli, pamiętam mieliśmy kawałek swojego placu na, którym sadziliśmy ziemniaki, które jak wyrosły to zaraz ich nie było. 

Jak wyglądał Pani powrót do Polski ?

W sierpniu 1945 roku, gdy już całkiem traciliśmy nadzieję na zmianę losu, przyszło wreszcoie wezwanie, by stawić się natychmiast do Wojenkomatu do Wołtańska. 29 września 1945 roku wyruszyliśmy do Polski. W pociągu z Charkowa do Lwowa panował taki straszny tłum, że mało nas nie uduszono. Ta podróż była równie koszmarna jak pobyt na Ukrainie, która zpmietałam jako krainę równin, wichrów, zimna i głodu. W Lwowie kazano nam się udać do Czerwonego Krzyża, który zorganizował nam powrót do kraju,. Następnego dnia o trzeciej rano znaleźliśmy się w Przemyślu. 

Natalia Wołyszyn, IIc 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *