Jesus is King – czy warto było czekać?

Materac był bardziej miękki niż zwykle, poduszka przywitała mnie jeszcze większym komfortem. Byłem wykończony, zarwana noc,  skreślanie kolejnych stref czasowych i nerwowe oczekiwanie odebrały mi całą energię, w zamian przynosząc jedynie frustrację. Około godziny 17:20, pozbawiony ostatniej iskierki nadziei, zmrużyłem oczy. Ostatnia myśl, która zatruła cały dzień – “Znowu nam to zrobił” – zniknęła wraz z całym swoim brzemieniem.  Nie było mi jednak dane odpoczywać długo – po 42 minutach ktoś zaczął się do mnie dobijać. Seria nieodebranych telefonów natręta nie zniechęciła, postanowiłem dać upust niezadowoleniu i na dobre pozbyć się go. Nie patrząc na numer, odebrałem. Zrozentuzjazmowany głos wykrzyczał “KANYE WYPUŚCIŁ ALBUM”. Wstrzymałem łańcuch pejoratyw, niedowierzając włączyłem Spotify. To się działo. Po 13 miesiącach oczekiwania, 4 zmianach daty premiery i 9 godzinach spóźnienia, Kanye Omari West wrzucił jeden z najbardziej oczekiwanych albumów tego roku.

Okładka najnowszego albumu – nawet ona wzbudziła kontrowersje, niektórzy fani uważają, że jest całkowicie oderwana od stylu wydawniczego artysty

Odrobina kontekstu

Kanye jest uznawany za jednego z najbardziej wpływowych twórców muzyki współczesnej, jak i projektantów mody. Może się poszczycić 21 statuetkami Grammy, co plasuje go na definitywnym podium laureatów prestiżowej nagrody. Dla kontrastu – Drake, Kendrick Lamar, czy Taylor Swift otrzymali kolejno 4, 13, 10 owych nagród.  Buty zaprojektowane przez Westa stały się wyznacznikiem statusu na całym świecie, jego firma jest warta aktualnie ponad 1.5 mld dolarów. Umiejscowił się w branży jako prekursor gatunku, który na dobre zmienił oblicze muzyki popularnej. Po dość dobrym Ye  i genialnym KidSeeGhots  z 2018 oczekiwania były co najmniej duże. Zwłaszcza po hucznych zapowiedziach Yandhi na ten sam rok – jednego z wielu wydań, z którego Yeezy zrezygnował. 

Jestem wielkim fanem Westa, toteż każda kolejna godzina zwłoki przynosiła skrajne emocje. Na półce, obok niemal każdego wydania muzyka, miała zagościć nowa płyta. Od momentu ogłoszenia, wzbudzała pewien dystans. Nie powinniśmy oceniać niczyjej wiary, jest to indywidualna kwestia każdej osoby. W przypadku tego konkretnego artysty jest ona jednak co najmniej niespodziewana. Kanye West –  celebryta o niewyobrażalnie wielkim ego, znany z wielu kontrowersji, tytułowania się mianem Boga, największej gwiazdy rocka, czy też najbardziej wpływowego człowieka na świecie, daje upust swojej nagłej duchowej przemianie – zapowiada album o wdzięcznym tytule “Jesus is king”. 

Oczywiście nie zrobił tego osobiście – o wydawnictwie wraz z kolejną datą dowiedzieliśmy się z Twittera Kim Kardashian West- jego żony. 

Sam Kanye nie korzysta regularnie z mediów społecznościowych od czasu jego niesławnej zapaści i walki z chorobą psychiczną. Jeszcze całkiem niedawno temu, w 2013 roku, zadebiutował Yeezus, stanowiący swoisty antywzór wartości, które autor dziś przekazuje. Jeszcze na Ye i KidSeeGhots sprzed roku mogliśmy ujrzeć podobne aluzje.  Nie zrozumcie mnie źle – kocham każdy album, a Yeezus należy do grona moich ulubionych.  Każda kontrowersyjna akcja dodaje mu również pewnego niepodrabialnego wizerunku, którym nie może poszczycić się żaden artysta.

 

Co więc koniec końców dostaliśmy?

Gniot. To pierwsza myśl, gdy euforia wraz ze zmęczeniem ustąpiły trzeźwemu umysłowi. Kanye przesunął premierę o miesiąc, zapewniając, że chce dostarczyć fanom jak najlepszą jakość. Mało tego – spóźnił się 9 godzin nieprzesypiając całej nocy miksując ostatnie utwory. Pierwszym odczuciem było drobne rozczarowanie, pomimo wielkich zapewnień jakość wokalu była na przeciętnym poziomie. Brnąc dalej w misjonarskie dzieło, bo za takie ma ono według autora uchodzić, dochodzimy do wielu sprzeczności, niedoróbek i absurdów. Album sprawia wrażenie nieskończonego, utwory urywają się w momentach o ogromnym potencjale, a różnorodność tekstów jest bardzo skromna. Na pierwszy ogień dostajemy zapętlone dwuminutowe “Every hour”, które równie dobrze mogłoby trwać 15 sekund, brak wokalu autora, całość opiera się na głosach chóru Sunday Service. Po nim następuje patetyczne “Selah”, w którym widzimy pierwsze antagonistyczne przesłanki. Raper z jednej strony chce uchodzić za niezrozumianego katolika z misją ewangelizacji. Co natomiast słyszymy? Usprawiedliwianie samego z siebie ze złego traktowania podwładnych – konkretniej krzyczenia na szofera. Podobne wątpliwości wzbudza utwór “Follow God”, w którym Kanye znów opisuje tożsamą sytuację –  tym razem kłótnię z ojcem na temat “chrystusowego życia”. 4 pozycja, mój osobisty faworyt, “Closed on Sunday” dodaje jeszcze więcej oliwy do ognia. Tym razem słyszymy wyraz sympatii do fast foodu Chick Fill-A, jedynej sieci zamkniętej z powodów religijnych w niedzielę, dodatkowo dowiedzieć się można o ciepłym stosunku autora do serwowanej tam lemoniady. 

Musiałem spędzić z nią kilka ładnych godzin, kontrastując ją jednocześnie z wydaniami 2018 roku. Pierwszy pozytywny wniosek do jakiego doszedłem – u podstaw miał być to album gospel, rzeczywistość zweryfikowała ostatecznie plan, lecz daje to pewną wskazówkę – kompozycja stworzona została z myślą wystawienia jej na żywo. Świadczy o tym zarówno bliska współpraca z chórem Sunday Service na każdym etapie produkcji, jak i skrajnie pozytywne wrażenia fanów, którzy jako pierwsi usłyszeli dzieło jeszcze we wrześniu. Niedawno opublikowane wykonanie Closed on Sunday u Jimmiego Kimmela budzi znacznie cieplejszy stosunek. Identyczna zależność dotyczy Water – ciężko ocenić go obiektywnie nie poszerzając kontekstu o performance z Coachelli. Mieszane wrażenia wzbudził we mnie kawałek Use this gospel. U wszystkich, którzy mieli okazję posłuchać nieoficjalnej publikacji Yandhi już pierwsze dźwięki wzbudzają skojarzenia – niewątpliwie mamy do czynienia z bitem z Chakras. Na tym podobieństwa się kończą – porównując obie wersje, legalna wypada w najlepszym wypadku miernie. Nie ukrywajmy jednak, że pierwszej generacji utworu nie powinniśmy nigdy poznać – zmienia ona całkowicie wydźwięk i interpretację tej właściwej.

Kolejnym, ogromnym plusem są walory produkcyjne – Kanye West po raz kolejny idzie w nieokiełznanym do tej pory kierunku. Większość utworów nie opiera się na samplach lub też nie są one motywem przewodnim. Artysta stawia na twórczość od podstaw. Jest to odważna decyzja, mając na uwadzę, że to właśnie niekonwencjonalne łączenie utworów, czy też budowanie całych bitów z sampli (np. Power) doprowadziło go do szczytu kariery. Album cieszy się również pewnymi niecodziennymi aranżacjami (saksofon na Use this gospel) i odpowiednim dla tematyki minimalizmem (Follow God, Everything we need).

Kolejne kontrowersje, czyli Kanye w formie

Od początku zadziwiający był brak listy gości. Muzyk od dekady zbiera do kolaboracji najlepszych, najbardziej znanych i pożądanych artystów. Na My Beautiful Dark Twisted Fantasy z 2010 roku usłyszeć mogliśmy m.in. Jaya Z, Ricka Rosa, Rihanne, Nicki Minaj, Johna Legend, Bona Ivera, Kida Cudiego i Pushę T. The Life of Pablo sprzed trzech lat zaskoczyło Sią, Rihanną, Frankiem Ocean, Desiignerem, Kidem Cudim, The Weekend, którzy tchnęli w album niepowtarzalny urok. Zarówno wycieki, jak i zapowiedzi Yandhi wskazują na bogate featuringi. Jak było z Jesus is King? Cisza… Usłyszeliśmy raptem 3 osoby poza samym artystą. Czym zostało to spowodowane? Dopiero po premierze dowiedzieliśmy się, że Kanye w duchowym uniesieniu zabronił całemu gronu produkcyjnemu… uprawiać przedmałżeńskiego seksu… od którego jeszcze całkiem niedawno sam nie stronił. To zaiste wiele wyjaśnia.

W dniu premiery opublikowano wiele wywiadów oraz rozmów z muzykiem. Oprócz wielu religijnych deklaracji oraz sentencji usłyszeliśmy dosyć znajome słowa, których raczej nikt się nie spodziewał w konteście duchowej przemiany – “Nie ma wątpliwości, że jestem najlepszym żyjącym męskim artystą ”, czy “Rap to muzyka szatana dlatego chciałem ją porzucić”, “Jestem wielki i ludzie oczekują ode mnie wielkości”. Dla mnie odrobinę gryzie się to z wizerunkiem skromnego Bożego sługi. Podobnie jak absurdalnie drogi merch albumu. Łatwo głosić egalitarne wartości miłosierdzia, równości i pokoju, posiadając absurdalnie wielki kapitał obrotowy, willę za kilkadziesiąt milionów dolarów, dożywotni szacunek we wszystkich branżach, zarabiając jednocześnie setki milionów na butach w ciągu roku. 

Ostateczna ocena

Tonąc w morzu antagonistycznych emocji związanych zarówno z samym albumem, jak i wydarzeniami wokół niego, ciężko dokonać obiektywnej oceny. Po pewnym czasie doszedłem jednak do wniosku, że taki właśnie jest Kanye. Górnolotne oczekiwania wobec niego są jednocześnie bardzo słuszne oraz bezzasadne. Ten człowiek od lat udowadnia, że nie można się po nim niczego spodziewać, nie ma konkretnego wzorca zachowań. I to jest właśnie jego urok. Wziął temat, który jest jego zdaniem ważny i powiązał go ze swoją osobowością, tym właśnie jest Jesus is King – gubiącym momentami synkretyzmem charakteru muzyka oraz jego wiary. Włożył w niego tyle Kanye Westa, ile tylko mógł, dlatego też mój werdykt nie będzie jednoznacznie karcący. W skali od 1 do 10 Jesus is King dostaje stabline 6/10. Nie jest to szczyt jego artyzmu, rzekłbym wręcz, że poziom w porównaniu z innymi świetnymi wydaniami sięga tutaj dna. Nie zmienia to faktu, że wykonawca od początku kariery podniósł poprzeczkę bardzo wysoko, wygrywając 3 nagrody Grammy pierwszego roku swojej działalności. Najnowsza kompozycja jest zwyczajnie średnia w kontekście całego dorobku. Miejmy nadzieję, że raper przełamie passę i w przyszłości wróci do swojej najlepszej formy.

Michał J. B. Musz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *