Narodziny gwiazdy. Reżyserii, aktorstwa i muzyki

Mimo że premiera filmu „Narodziny gwiazdy” w Stanach miała miejsce kilka miesięcy temu, w Polsce na ekranach kin pojawił się on bardzo niedawno, bo 30 listopada. Z powodu tego opóźnienia zdążyłam się osłuchać z piosenkami, które umilały widzowi seans oraz dopełniały historię. „Shallow” leciało u mnie praktycznie bez przerwy. Wiedziałam, że nawet jeśli film będzie słaby, to warto pójść do kina choćby dla samej muzyki. Poszłam. I co sądzę? To co w powyższym tytule, nie narodziła się jedna gwiazda, ale aż trzy. Po kolei.

Dla Bradleya Coopera był to debiut reżyserski i chyba każdy, kto film pooglądał, zgodzi się ze mną, że niejeden marzy o takim początku kariery. Bradley okazał się perfekcjonistą w każdym calu, dbając nie tylko o tak duże i ważne sprawy jak to, aby widz mógł się poczuć jak na prawdziwym koncercie, ale również dopracowując każdy szczegół, gest, spojrzenie. Zwłaszcza to ostatnie. W filmie zdarzają się momenty, w których nikt nic nie mówi, a mimo to czuje się tę atmosferę, słowa, które mimo że nie wychodzą na zewnątrz, krążą po głowie bohaterów. Wszystko widać w ich oczach – pełnych emocji, przeżyć, uczuć. W połączeniu ze świetnie dobranymi lokalizacjami, wzruszającą historią i niesamowitym soundtrackiem reżyseria tworzy fantastyczną całość, po obejrzeniu której nawet dobre 2 godziny filmu okazują się niewystarczające, aby zaspokoić głód poznania losu bohaterów.

Gwiazdą aktorstwa okazała się oczywiście Lady Gaga. Co prawda mogliśmy już ujrzeć ją wcześniej w różnych produkcjach filmowych (np. American Horror Story), jednak była to jej pierwsza główna rola w filmie pełnometrażowym. Uważam, że z postawionym zadaniem poradziła sobie świetnie – była autentyczna, a przez to łatwo można się z nią psychicznie zżyć. Ten proces mentalnego łączenia z bohaterką wzmagała sama historia, która wbrew pozorom okazała się bardzo uniwersalna. Bradley Cooper to z kolei dobrze znana postać z ekranów kin, jednak wraz z Gagą stanowili tak zgraną parę, że nie mogłabym tu tego faktu pominąć. Między nimi ewidentne czuć chemię, a ich wspólne sceny to najmocniejsza strona filmu.

Gwiazda muzyki… Gaga? Wtedy nie byłyby to narodziny (she wasn’t born this way). Okazał się nią Bradley Cooper. I tutaj trzeba głośno mu przyklasnąć. Kilka miesięcy przed kręceniem filmu zaczął brać lekcje gry na fortepianie oraz na gitarze. Efekt jest naprawdę imponujący. Jednak to nie te dwie umiejętności skradły całe show. Były to możliwości wokalne aktora. Kiedy słuchałam jego wykonań, zadawałam sobie jedno zasadnicze pytanie: człowieku, gdzie Twoja płyta?! Z tego, co wiem, jeszcze żadnej nie wydał, ale gdyby tylko takowa się pojawiła, stałabym pierwsza w kolejce w Empiku. Jego głos nie zaskakuje ogromną skalą, Bradley wcale nie drze się do mikrofonu, próbując pokazać moc swojego wokalu. Śpiewa delikatnie, miękko, odrobinę sennie. Dzięki temu wprowadza magię do piosenek, co w połączeniu z magnetyczną barwą Gagi tworzy jeden z lepszych filmowych soundtracków w historii. Jeśli „Narodziny gwiazdy” nie zdobędą Oscara za ścieżkę muzyczną… to stwierdzam, że Akademia jest przekupiona!

Na koniec tego artykułu chciałabym wszystkich razem i każdego z osobna zachęcić do pójścia do kina na „Narodziny gwiazdy”. Dawno nie widziałam filmu, który tak bardzo na mnie wpłynął, zostawił jakiś ślad. Myślę, że naprawdę warto wydać te 20 złotych na obejrzenie takiej perełki. Tych, którzy film już widzieli, zapraszam do wyrażenia swojej opinii na jego temat w komentarzu, jestem bardzo ciekawa, co o nim myślicie. A, jeszcze jedna ważna uwaga! Idziesz do kina – weź chusteczki. Bez nich ani rusz.

Autorka artykułu chce pozostać anonimowa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *